The ability to dream is given to everyone of us in the world. But dreams are not there to be dreamed, but to be realized. This act of realizing a dream is accomplished through one’s strong will and accumulation of actions. If you don’t understand this, dreams will always be something that you simply fantasize about. If you put your mind to it, you can accomplish anything. ~GACKT

16 lutego 2014

Koncert Jupitera i wykład o jedwabiu w Muzeum Azji i Pacyfiku

Minęły dwa tygodnie od ostatniego wpisu, a spraw do opisania jest tyle, że rozpatruję pisanie tego wpisu na raty ;-). Pierwszy był koncert Jupitera w Warszawie - 5 lutego w klubie Progresja, na małej scenie przy Fort Wola 22. Mimo że wejście do klubu było według numerowanych biletów (po japońsku! ;-)), do tego bilety były podzielone na trzy kategorie, wszystko, żeby nie było opóźnienia, to jednak czekaliśmy przed klubem godzinę na wejście. Gdyby nie to, że organizatorzy obiecywali, że nie będzie żadnych opóźnień, to bym się tym nie przejęła, bo nieraz dłużej czekałam na wejście do klubu ;-).

Koncert Jupitera 5 lutego w Warszawie w klubie Progresja.
Przed wejściem muzyków na scenę.

Większość muzyków widziałam w 2011 roku w Krakowie na koncercie Versailles, wtedy też mogłam podejść do nich, podać rękę i powiedzieć kilka słów. Tu było inaczej. Porozmawiać z muzykami, dostać autografy, zrobić sobie z nimi indywidualne zdjęcia mogły tylko osoby, które kupiły bilety VIP, zaś grupowe zdjęcie mogły sobie zrobić osoby z biletami Premium. Ja i Asai miałyśmy bilety zwykłe, więc wchodziłyśmy do klubu jako grupa ostatnia.

Mój bilet na koncert ^^.
Wydaje mi się, że osób z normalnymi biletami było nie więcej niż 80.

Dziwnie było, bo sala koncertowa była mała, bez backstage'u za sceną, muzycy musieli przechodzić przez salę pełną fanów (chociaż było to trochę ekscytujące, jak Hizaki przechodził przez całą salę fanów, a za nim biegł człowiek ze staffu). Do tego szatnia tam jest umiejscowiona w miejscu niezbyt wygodnym, ludzie tłoczyli się do jednego okienka, spod którego trudno potem było wyjść, a do tego, jak czekałam do szatni to zespół już grał! (oo). Byłam trochę zdezorientowana... Okazało się jednak, że to próba zespołu przed publicznością. Na szczęście ^^. Po krótkiej przerwie zgaszono światła na sali, usunięto barierki z połowy parkietu i koncert zaczął się normalnie :-).

Nowy plakat ^^. Piękny Hizaki (*^-^*).

Koncert bardzo mi się podobał, i tu muszę przyznać, że bardzo dobre wrażenia zrobił na mnie Zin, którego widziałam po raz pierwszy. Jupiter to mowy projekt muzyków Versailles, o składzie prawie takim samym, jednak z nowym wokalistą. Jako że przywiązałam się wcześniej do Kamijo, trudno mi było sobie wyobrazić ten nowy projekt, trochę się przeciwko tej zmianie buntowałam. Okazało się, że Zin jest bardzo kontaktowy, dobrze się czuje na scenie, nie tworzy dystansu między zespołem a publicznością. Muzycznie i klimatycznie ten projekt również jest inny od Versailles. I to dobrze. Z koncertu jestem bardzo zadowolona, udało mi się dotknąć ręki Hizakiego (*^^*), Yuki mnie sam złapał za rękę (=^.^=) - i to jest coś, za co kocham koncerty ^^. To jest dla mnie najważniejsze - móc muzyków zobaczyć na własne oczy, usłyszeć na żywo oraz dotknąć ^^. Przekonać się, że są prawdziwi, namacalni, że w tym wirtualnym świecie są jednak żywymi, prawdziwymi ludźmi. Z koncertu przywiozłam duży plakat Hizakiego. Koncert był dla mnie ciekawy jeszcze o tyle, że w przeciwieństwie do wcześniejszego o trzy lata koncertu Versailles, na tym koncercie wśród fanów byli również mężczyźni, równie żywiołowo reagujący na muzyków, co kobiety :-). No i były też mamy ^^, stojące kilka kroków za tłumem z plakatami i torbami córek w rękach ;-).


Plakat Hizakiego kupiony na koncercie Jupitera.
Na szczęście można było nie tylko kupić plakat całego zespołu,
ale także wybranego muzyka.
Drugim wydarzeniem w tym samym tygodniu był wykład "Opowieści o jedwabiu. szlakiem tradycji i nowoczesnych technologii" prowadzony przez Felicję Bilską w Muzeum Azji i Pacyfiku w piątek. Liczyłam bardzo na usłyszenie różnych ciekawych informacji o historii produkcji jedwabiu w Japonii i cieszę się, że chociaż wykład dotyczył produkcji jedwabiu głównie w Chinach, Europie i południowej Azji, to znalazło się kilka "japońskich informacji".

Tańczący Śiwa - metalowa figurka w gablocie
Muzeum Azji i Pacyfiku.

Spotkanie miało miejsce w niewielkiej siedzibie muzeum, w której przed wykładem mogłam obejrzeć eksponaty - głównie dotyczące hinduskiego kręgu kulturowego Azji Południowej. Nie jest to mój krąg zainteresowań - bardziej interesuje mnie dalekowschodnia Azja, nawet bardziej północna. Ale było to ciekawe wydarzenie i z zainteresowaniem przyglądałam się różnym artefaktom. Wykład z jednej strony spełnił moje oczekiwania - był rozbudowany, wielowątkowy, pełny szerokich odniesień, dotyczył i historii, i legend związanych z jedwabiem, jak i współczesnych zastosowań i nowoczesnej technologii. Z drugiej strony wyszłam z muzeum z głową pełną ciekawostek, jednak z poczuciem, że nie jest to żadna pogłębiona wiedza... Żałowałam, że prelegentka nie przyniosła ze sobą chociaż małego kawałka jedwabnej tkaniny do pomacania.


Informacji dotyczących Japonii nie było wiele. Japonia jest istotnym (choć nie największym) producentem jedwabiu, a japońscy naukowcy podchodzą do tematu z właściwą sobie skrupulatnością, badając, cóż to można z biednych jedwabników jeszcze uzyskać. A można na przykład zmusić je, by produkowały oprócz jedwabnych nici także ludzki kolagen, wprowadzając do jaj jedwabników gen ludzkiego kolagenu (większość kolagenu znajdującego się w kosmetykach produkowana jest ze zwierzęcych skór). Dodatkowo japońscy naukowcy potrafią sprawić, by jedwabniki produkowały nici już określonego koloru (do tego fluorescencyjne).

Bengalska rzeźba przedstawiająca Jaśodę z małym Kryszną.

Do pomieszania uczuć po wykładzie dołożyły się jeszcze względy natury etyczno-estetycznej - a mianowicie świadomość (co nie zostało zbyt głośno wyartykułowane podczas wykładu), że aby utkać takie piękne i wyjątkowe tkaniny, należy pozyskać nici z kokonów, w których są larwy, a te się najpierw zabija w gorącej wodzie (i to jest powód, dla którego początkowo w Tajlandii nie zajmowano się hodowlą jedwabników).

2 komentarze:

  1. Ta 4 rocznica to kojarzy mi się z rocznica ślubu haha.
    Dlaczego mnie nie dziwi plakat z Hizakim? :p
    Widzę,że pomimo tego zamieszania to koncert wypadł dobrze.A to najważniejsze.Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :)
    Madzia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madziu, część wpisu o 4 rocznicy przenoszę do nowego wpisu, bo tu już chyba się nie zmieści, za dużo innych rzeczy :-). Koncert był dobry, a na to się składa przede wszystkim energia płynąca od zespołu i pozytywna żywiołowość fanów :-). Pozdrawiam.

      Usuń

Witam, jeżeli piszesz jako użytkownik anonimowy -
podpisz się w treści komentarza :-) Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu ^^

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails