The ability to dream is given to everyone of us in the world. But dreams are not there to be dreamed, but to be realized. This act of realizing a dream is accomplished through one’s strong will and accumulation of actions. If you don’t understand this, dreams will always be something that you simply fantasize about. If you put your mind to it, you can accomplish anything. ~GACKT

17 października 2010

O pewnym schemacie

Odważyłam się dziś posprzątać w szafie, wyciągnęłam jakieś teczki, w których nie pamiętałam nawet, co jest, koperty, papiery... Przejrzałam, część wyrzuciłam, nad resztą poważnie się zastanowiłam. Hm... No tak, Gackto nie jest pierwszy, i - nie ma się co oszukiwać - wszystko wskazuje na to, że i nie ostatni ;-) Przed nim i przed Japonią było wielu innych, no i jak się tak zastanowię, to w głowie jeszcze do tej pory błąkają mi się słowa z języków, których z różnych powodów uczyłam się w przeszłości.


Gdy zafascynowałam się Gackto i - w następstwie - zainteresowałam Japonią, przyjaciele, którzy mnie znają od kilkunastu lat, tylko pokiwali głowami, podobnie rodzice. "A, teraz Japonia? OK". Natomiast część znajomych i przyjaciół, którzy znają mnie trochę krócej, jak się okazało, była bardzo zaskoczona intensywnością mojego zaangażowania w nową pasję. Oczywiście, jak po paru miesiącach mi nie przeszło, a nawet wyglądało, że się nasila, to i niektórzy z tej pierwszej grupy zaczęli zdradzać niepokój. Naprawdę, nie ma powodu do niepokoju :-) Trzeba tylko spojrzeć z pewnego... większego dystansu ;-)


Tak więc, jak siedziałam na widowni i oglądałam taniec Hany Umedy, w pewnym momencie o mało nie wybuchłam śmiechem. Przypomniało mi się bowiem, jak lata temu jeździłam na wszelkie możliwe irlandzkie imprezy, koncerty fortepianowe z muzyką irlandzkiego kompozytora Johna Fielda, na spotkania z panią prezydent Irlandii Mary Robinson, na otwarcia wystaw, jak obchodziłam wszystkie "patryki" 17 marca, począwszy jeszcze od czasów szkoły średniej (i nadal obchodzę :-)), jak pisałam listy z Irlandczykami, słuchałam muzyki irlandzkiej, oglądałam irlandzkie filmy, czytałam irlandzkie książki, chodziłam na irlandzkie koncerty, przypomniało mi się, o zgrozo!, że przecież nawet wystąpiłam przed irlandzką telewizją, mówiąc do kamery po... irlandzku...


No tak. Czyli wszystko się powtarza. Tak naprawdę wszystko jest TAK SAMO, różnica polega na tym tylko, że wtedy była Irlandia, a teraz jest Japonia. Po japońsku przecież też już mówiłam do kamery...


Tak, i przeglądając te wyciągnięte z szafy papiery dzisiaj natrafiłam też na teczkę z lekcjami języka irlandzkiego, patrzyłam się w to z nieziemskim zdziwieniem. No tak, to przecież moje pismo. I jakieś dziwne odmiany celtyckich czasowników. Różnica polega tylko na tym, że teraz kocham się w Gackto, a wtedy kochałam się w Irlandii jako takiej, i interesowałam się wszystkim, co jej dotyczyło, czy to była polityka, czy historia, kultura, poezja, wszystko. Trwało to całe lata, na zawsze zostało w sercu, choć jako pasja już się wypaliło.


Co do facetów: do całego zamieszania związanego z Gackto można porównać tylko Jima Morrisona, w którym się zakochałam nastolatką będąc ;-) Tak... (tu westchnienie...) Mój ojciec znienawidził Doorsów wtedy, ale wkrótce wszyscy przyzwyczaili się do "ołtarzyków", jakie ustawiałam w pokoju. Teraz jestem dwa razy starsza, ale i tak jak po powrocie z Monachium odwiedził mnie ojciec, to pierwsze, co się spytał, to: "To gdzie ten ołtarzyk? A, tutaj". No tak, bo już wisiał na ścianie plakat. Były też mniejsze fascynacje, trwające krótko, które się szybko wypalały, ale też mobilizowały mnie do różnych działań, była faza na Ukraińców, Rosjan, nawet tego wszystkiego nie pamiętam...


Wczoraj tak mnie naszło, i zajrzałam, co tam słychać u moich dawnych sympatii, przeszukałam internet, co tam nowego u rudego Daniły Polyakova, co u innych modeli, którzy mi się kiedyś podobali, zachciało mi się posłuchać U2. No i te wszystkie języki, uczyłam się przecież w sumie, poza angielskim i irlandzkim, rosyjskiego, niemieckiego, francuskiego, teraz japońskiego... Ukraińskiego się nie uczyłam z rozmysłem, bo i tak od słuchania ukraińskiej muzyki myliły mi się słowa na lekcjach rosyjskiego.


Co będzie dalej? Jak jakaś przepowiednia krążą wciąż nade mną słowa mojego (byłego) przyjaciela, który parę lat temu powiedział, że on się obawia, że kiedyś zostanę komandosem w Wietnamie. Wszystko jest możliwe :-)

16 komentarzy:

  1. masz dobry kierunek w kwestii zainteresowań, zwłaszcza ta Irlandia. pamiętam, jak chciałam zabrać się kiedyś do tego języka, ale przed samą nauką doszłam do wniosku, że chyba nie dałabym rady. sama wymowa jest dość trudna, nie wiem, jak z gramatyką. ale to piękny język, a muzyka irlandzka, po prostu raj dla uszu.
    parę dni temu trafiłam na daaaawno zapisane runy w moim segregatorze. sama pamiętam to ogromne zainteresowanie, jakoś nie da się obok tego przejść obojętnie :)
    zresztą, każdy kraj ma do zaprezentowania coś ciekawego. a wiedza nie boli, tym bardziej, kiedy dowiadujemy się czegoś z własnej, nieprzymuszonej woli i z przyjemnością.

    z tą zmianą idoli jesteś ciut podobna do mojej siostry Doroshii. ona w dzieciństwie miała fazę na każdy boysband, każdego ładnego aktora, czy każdego piosenkarza (z niektórymi zespołami była niezła siara, ale wtedy się tego słuchało XD). dlatego z początku nie mogłam uwierzyć, że weszła w fazę na dość zniewieściałego, pedalczego i delikatniusiego Gackta, podczas kiedy niedawno wzdychała do koksików bez karku typu Van Damme albo Vin Diesel. trudno to ogarnąć :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Teinei, dobry kierunek? :-) a co to jest dobry kierunek? I Irlandia, ech, dlatego tak w sumie się cieszyłam, jak widziałam u Ciebie na laście, że słuchasz Clannad, bo to jest jeden z zespołów mojego życia. Marzyłam, żeby pojechać do Donegalu, skąd oni pochodzą. Irlandzki jest bardzo trudny, choć piękny, ja się w pewnym momencie poddałam, szczególnie, że jest dosyć trudny w wymowie, masz rację, a gramatyka mnie załamywała tymi wszystkimi odmianami. No ale piękny :-) I właśnie moje zainteresowanie się Irlandią nie było związane z żadnym facetem, a w muzyką irlandzką, z tajemniczością, z pięknem samej Zielonej Wyspy, z legendami irlandzkimi. W pewnym sensie to wszystko nadal jest dla mnie ważne. Gdybym pojechała do Dublina, to na pewno poszłabym przede wszystkim na Pocztę Główną, gdzie w 1916 Padraig Pearse i inni powstańcy proklamowali Republikę Irlandzką.
    Masz rację, że każdy kraj jest bardzo ciekawy ze swoją kultura i historią, ale naraz po prostu nie sposób się wszystkim interesować, dlatego, niestety, trzeba po kolei ;-)) Mnie zachwyca to, ile to ciekawych, wspaniałych zachwycających rzeczy jest na świecie. Albo po prostu innych, o których się można dowiedzieć. Byłam w tym tygodniu na sushi - nie smakowało mi za bardzo, ale za to poznałam coś nowego i z tego się cieszę. I takie właśnie mam podejście - jest mnóstwo rzeczy, które można "spróbować" :-)

    No, ze zmianą idoli to może nie aż tak, nigdy nie gustowałam w "koksikach bez karku", nie, nie, zawsze podobały mi się długie włosy i piękne oczy :-)) Gackto akurat bardzo pasuje mi, jak to Ci chyba kiedyś pisałam, do całego elfowego rodu, i wszystkich moim ukochanych tolkienowskich elfów ;-))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale też to jest i fajne i ciekawe, że po prostu żyjesz, że wciąż zmieniają Ci się zainteresowania, a kazde wzbogaca i zostawia pamięć po sobie, że jesteś ciekawa swiata. Myślę, że własnie przez takie rzucanie się w pasję w głąb, obojętnie czy bedzie to Irlandia, czy Gackto, czy coś innego, sprawia, że zostawia to wszystko w Tobie ślad, tworzy Ciebie. To jest coś, co kojarzy mi sie ze swieżościa dzieciństwa, nie niedorosłości, ale dzieciństwa i też z elfami Tolkiena:P - oni musieli tak samo przeżywac, żyć. Wszystko do głębi, aż do zanurzenia, choćby na chwilę. nie chłodna mądrość (czesto w naszym świecie podszyta cynizmem), ale jednak radość życia i cieszenie się i nawet takie przeżywanie miłości na granicy zrobienia głupstwa. Bo to jest radość;)
    Ciekawe, co piszesz o reakcjach swoich bliskich. Moi z kolei, mam wrażenie, byli szczęśliwi, że w ogóle czymś się interesowałam, zwłaszcza, że miałam sposobność poznawać przy tym ludzi i świat:), a jako dziecko byłam dość cicha i bardzo zamknięta w sobie:) Rozumiem doskonale fazy na kraje - ja miałam swego czasu i na Japonię i na Gruzję, choć nie ciągnęło mnie specjalnie uczenie się języków, raczej sama kultura, sztuka, historia i literatura:) I tak sobie myslę, ze moze to jest tak, ze szukamy wszędzie (nawet nieświadomie) tego czegoś - piękna, życia, nowych , nieznanych lądów, fascynujących ludzi, bo za czymś tęsknimy, coś w nas to porusza...

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie, że tak angażujesz się na całego. Jak coś cię zainteresuje to żadnych półśrodków.

    Asai

    OdpowiedzUsuń
  5. Tiaaaaaa.....Kobieta zmienną jest, czy jak to się tam mówi....

    Melancholia listopadowa

    OdpowiedzUsuń
  6. To Ty? Olsztyńska melancholia listopadowa? Ale jeszcze nie ma listopada, gdzie się spieszysz? Na razie to jest depresja październikowa! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Miriel, bo Ty Skaner jesteś, ot co :-).

    Are You a Scanner?
    By Barbara Sher

    To Scanners the world is like a big candy store full of fascinating opportunities, and all they want is to reach out and stuff their pockets. :-)

    Polecam bardzo lekturę popularnej amerykańskiej coach Barbary Sher, pięknie pisze o różnych stylach myślenia i funkcjonowania:
    http://getmotivation.com/articlelib/articles/barbara_sher_scanner.html

    Are you a Scanner?
    "I can never stick to anything."

    "I know I should focus on one thing, but which one?"

    "I lose interest in things I thought would interest me forever."

    "I keep going off on another tangent."

    "I get bored as soon as I know how to do something."

    "I can't stand to do anything twice."

    "I keep changing my mind about what I want to do and end up doing nothing."

    "I work at low-paying jobs because there's nothing I'm willing to commit to."

    "I won't choose a career path because it might be the wrong one."

    "I think everyone's put on this earth to do something; everyone but me, that is."

    "I can't pay attention unless I'm doing many things at once."

    "I pull away from what I'm doing because I'm afraid I'll miss something better."

    "I'm too busy, but when I do find time I can't remember what I wanted to do."

    "I'll never be an expert in anything. I feel like I'm always in a survey class."

    If you've ever said these things to yourself, chances are good that you're a Scanner, a very special kind of thinker. Unlike those people who seem to find and be satisfied with one area of interest, you're genetically wired to be interested in many things, and that's exactly what you've been trying to do.

    Because your behavior is unfamiliar -- even unsettling -- to the people around you, you've been taught that you're doing something wrong and you must try to change. But what you've been told is a mistake -- you have been misdiagnosed. You're a different creature altogether.

    What you've assumed is a disability to be overcome by sheer will is actually an exceptional gift. You are the owner of a remarkable, multi talented brain trying to do its work in a world that doesn't understand who you are and doesn't know why you behave as you do.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej Kamila, dzięki za komentarz. Nie wiem, czy jestem "skaner", ale nie podoba mi się takie tworzenie definicji, zbieranie jakichś danych o ludziach i układanie z tego jakiegoś określonego typu osobowości. Ludzie mają różne i różniste osobowości. (No dobra, sama uważam, że coś jest w znakach Zodiaku, ale nie uważam, że z określonym znakiem zodiaku związana jest jakaś pula cech, no i to działa odwrotnie ;-)). A tutaj, hm... niektóre z tych cech rzeczywiście, można do mnie odnieść, a niektóre zupełnie nie. Może dlatego nie podoba mi się tworzenie takich typów osobowości i odnoszenie ich do konkretnych ludzi, że zamydla się trochę prawdziwy obraz człowieka, patrząc na niego przez pryzmat całej puli cech opatrzonej daną etykietką. Czyli, jeśli jestem "skanerem" to "nie mogą się zdecydować, co robić, i w efekcie nie robię nic". Akurat to mnie nie dotyczy ;-), ale ktoś mógłby pomyśleć, że skoro dotyczy mnie część tych wymienionych cech, to i ta również. Rozumiesz, o co mi chodzi? Nie chodzi o tego "skanera", ale o tworzenie definicji i dopasowywanie do nich ludzi. To mi się nie podoba. Wydaje mi się, że nawet jeśli pewne cechy ludzi są podobne i pewne nawet zestawy cech chodzą parami, to jednak każdy człowiek ma niepowtarzalną osobowość.

    Może się mylę, może ta niechęć przed poddawaniem się etykietkom tez jest dowodem na coś, na to, że nalezę do jakiejś wydzielonej grupy ludzi w określonej szufladce ;-)) nie wiem, ale po prostu nie czuję potrzeby nazywania się, określania, szukania dla siebie nazwy, która by dołączyła mnie do jakiejś grupy pod wspólną definicją. (ciekawe, że prowadziłam kilka dni temu rozmowę z przyjaciółką na temat indywidualizmu i wcale nie mam na temat określonego zdania).

    Może jest tak, jak mówiłaś, że uogólnienia ułatwiają nam rozumienie świata, na pewno uproszczają całą rzeczywistość, pomagają wyciągać wnioski, tylko, czy są to wtedy wnioski słuszne? Ja się jednak boję uogólnień, bo zauważyłam, że często, szczególnie w relacjach międzyludzkich, prowadzą do nieporozumień. :-)
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. "Czyli, jeśli jestem "skanerem" to "nie mogą się zdecydować, co robić, i w efekcie nie robię nic". Akurat to mnie nie dotyczy ;-)".

    Miriel, to jest zdanie wyrwane z kontekstu i nie stanowi o definicji "skanera", a mądra pani Barbara (którą wstępnie polubiłaś za historię z gorylem;-)) to wyjaśnia - akurat Skaner robi całą masę rzeczy, gdyż decyduje się na wszystko - pomijając fakt, że ona nie wartościuje, tylko dotrzega fantastyczną róznorodność u ludzi. :-) Pisze m.in. o różnych niesprawiedliwych mitach i pułapkach, w jakie niektórzy niepotrzebnie wpadają, np. jak ta zacytowana.

    Nie odbierałabym tego jako szufladkowanie, choćby dlatego, że "szufladki" są raptem dwie: "skanerzy" i "diverzy" - czyli ci, co lubią się koncentrować na jednym (Pewien wielki kolarz, kórego nazwiska nie pomnę, opisywany przez Sher, powiedział na przykład patrząc na spacerowiczów: "Oni chodzą - co za pustka i bezsens egzystencji":-)).
    "Szufladki" są pojemne, obejmujące rozmaitych ludzi i preferencje, chodzi po prostu o zauważenie zjawiska, jak "jesteś skowronkiem czy sową?", jasne, że to uproszczenie, a większość z nas jest mieszanką różnych cech! Ale czasem przydaje się wiedzieć, że się jest raczej sową niż skowronkiem, bo wtedy łatwiej rozumieć i siebie i skowronki...:-), no a jak coś opisujemy, to zwykle i nazywamy jakoś. Potraktujmy to jako opis ciekawego zjawiska po prostu, które manifestuje się m.in. - w sposób absolutnie wyjątkowy i niepowtarzalny - w osobie Miriel. :-) To jak kategoria "ciekawa, ładna kobieta, interesująca się masą rzeczy". :-))

    OdpowiedzUsuń
  10. Kamila, racja, jedno zdanie nie stanowi o definicji. Raczej ja mam neurotyczną obawę przed wszelkimi szufladkami. Przykład skowronka i sowy jest dobry, ale jednak dotyczy jednej cechy, którą łatwo u siebie i innych zaobserwować, nie idzie za tym nic więcej. Jestem sową ;-) W weekendy chodzę spać nad ranem, budzę się popołudniu i na tej podstawie raczej nie wysnuwa się innych wniosków a propos osobowości. A tutaj, z tym skanerem, jest cały zestaw cech, który to może (nie musi, wiem) prowadzić do uproszczonego patrzenia na człowieka. O to mi chodzi, bo jak czasem rozmawiam z ludźmi, to widzę, że tak się przyzwyczajają patrzeć na ludzi, jakby dzielili się ich tylko na kilka kategorii, że trudno im zrozumieć pojedynczego człowieka, który do tych kategorii nie przystaje. Poza tym, nie potrzebuję takiego zestawu, z którym tylko kilka cech mi się zgadza, po to, by lepiej się zrozumieć. Wole przypatrzeć się sobie, swoim zachowaniom i odruchom.

    Nie wątpię w mądrość pani Barbary, przykład z gorylami bardzo mi się spodobał, ale nie przekonuje mnie podział na skanerów i diverów. Może dlatego, że jest masa takich podziałów, Japończycy dzielą ludzi według grupy krwi, inni według tego czy śmego, a ja sobie myślę, że nie tędy droga, by przyjrzeć się człowiekowi. Szczególnie, że w życiu prawdziwym ma się do czynienia z prawdziwymi złożonymi ludźmi, a nie książkowymi przypadkami.

    "Ciekawa, ładna kobieta, interesująca się masą rzeczy", tak to brzmi ładnie, naprawdę kusi, ale wierz mi, nie dałabym się zamknąć w szufladce o nawet najpiękniejszej etykietce ;-))

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciekawe. Ale zauważcie, ze jednak pewne szufladkowanie;P jest ludziom potrzebne do rozumienia i pamiętania świata. Spotkałam się kiedyś z teorią, że dlatego tak niewiele pamiętamy z własnego dzieciństwa, bo nie znamy jeszcze słów, które by nazywały otaczającą rzeczywistość.Po to wymyslono język i mowę, zeby nazywać, określać świat. W chwili, kiedy cos przezywamy, to jestesmy w tym przezyciu, ale na ogół potem czesto szukamy słów, zeby je nazwać, okreslić. Takze poznawając innych ludzi i zjawiska tez staramy sie jakos to nazwać, opisać. A czasem łatwiej zawrzeć opis w konkretnym słowie, w przymiotniku, nawet jeśli nie do konca oddajemy istotę rzeczy. Moze po prostu trzeba być ciagle gotowym na przewartościowywanie i zmienianie obrazów? I moze problem w tym, ze często wydaje nam się, że raz na zawsze uchwycilismy istotę jakiejs rzeczy, po czym przestajemy się jej przygladac, bo automatycznie wydaliśmy osąd, zamiast opisywać kolejne stany naszego poznawania?
    Kategoryzacja pozwala uporzadkować świat, ale i tak najpierw potrzebny jest klucz wedle jakiego będziemy kategoryzować i język, jakim opiszemy sobie nowo poznane zjawisko, np. Miriel. Tak samo definicje - inna będzie definicja biologiczna, socjologiczna , inna ludowa czy literacka, inna jeszcze potoczna:P kazda z nich jest potrzebna do dokładnego opisu, a wszystkie zawieraja sie w konkretnym nicku i konkretnej osobie. Co innego powie o miriel osoba, która zna ja z realu, co innego ktos, kto czyta ten blog i beda to/mogą być inne miriele, ale zawsze równocześnie będzie to ta jedna, konkretna osoba. Osoba, nie zjawisko, tak dla ścisłości:P

    OdpowiedzUsuń
  12. Asai, dziękuję za komentarz, pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Żabko, coś w tym jest, nadając nazwę, imię określonemu zjawisku, rzeczy, istocie - niejako przywłaszczamy ją sobie, staje się nasza, oswojona, znajoma, a więc poznana. Lecz czy naprawdę? Wiem, że to pozwala opisać świat, i tym jest właśnie Człowiek, że nadaje imiona. Lecz rzecz już raz nazwana przestaje być rzeczą samą w sobie, a staje się częściowo już przeformowana przez tego, kto nadał imię. To tak jak z jednym z praw fizyki: obserwujący zmienia przedmiot obserwowany, a więc nie można tak naprawdę dostrzec, czym ów przedmiot jest sam w sobie. Nasza obserwacja już sprawia, że przestaje być tym, czym był. Tak samo z nazywaniem. Jeśli coś nazwę (i zgadzam się, że to ludzka rzecz, nie do ominięcia), przestaje to być tym czymś prawdziwym w sobie. Jest już tylko odbitym obrazem w lustrze, którym jesteśmy.
    Masz rację, Żabko, że właściwie problem nie leży w samym nazywaniu (bo sama nazwa może mieścić wiele znaczeń), ale w tym, że świat podlega zmianom, ludzie i relacje między nimi zmieniają się, i jeśli opieramy swoje sądy na niezmiennych obrazach świata, jakie ułożyliśmy sobie w swojej głowie, to jest duże prawdopodobieństwo, że obrazy te przestaną odpowiadać rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie do końca zgadzam się, ze ta rzecz przestaje być rzeczą sama w sobie - ona pozostaje niezmienna - zmienia sie tylko jej obraz w naszym umysle. A i tak nigdy nie wiemy, jak dana rzecz wygląda "naprawdę" - bo nasze zmysły nie są doskonałe. Odbieramy świat poprzez własną fizyczność - co się zresztą wyraża w metaforach:). to juz jest jakieś zaburzenie. To nie jest tak, że przedmiot przestaje być tym czym był - on jest ciągle tym samym, tylko my go oglądamy z różnych stron. Nie zmienia się rzecz sama, tylko jej obraz i ten obraz jest zawsze - nawet jak czujemy i patrzymy, bez nazywania, to zawsze jest obraz, odbicie, część całości. Tak jest z obserwacją miejsc, osób, przeżywaniem. Wypowiedzenie zawsze będzie niepełne. Mam wrażenie, że pełne "zobaczenie" byłoby przeżyciem takim, że
    uniemożliwiałoby wypowiedzenie - bo nie znaleźlibyśmy po prostu słów:)

    OdpowiedzUsuń
  15. A ja się cieszę, że masz tyle zainteresowań :) pochłaniają, Cię, żyjesz nimi :) Mam trochę tak samo, choć nie skupiam się tylko na jednym. Wydaje mi się, że każda pasja, zainteresowanie jest wzbogacające, zwłaszcza, jeśli zachęca do przemyśleń, do samookreślenia lub tworzenia. :)))
    I tak, wszystkie Twoje zainteresowania mają wspólną cechę, być może jest nią: poszukiwanie piękna. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Porcelanko, chyba masz rację. Jak się nad tym zastanawiam, to jest to właśnie ta rzecz wspólna - poszukiwanie piękna :-) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Witam, jeżeli piszesz jako użytkownik anonimowy -
podpisz się w treści komentarza :-) Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu ^^

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails

Archiwum: