The ability to dream is given to everyone of us in the world. But dreams are not there to be dreamed, but to be realized. This act of realizing a dream is accomplished through one’s strong will and accumulation of actions. If you don’t understand this, dreams will always be something that you simply fantasize about. If you put your mind to it, you can accomplish anything. ~GACKT

27 sierpnia 2010

GACKT w Monachium - jeszcze raz - z dystansem i nie tylko o koncercie

O koncercie Gackto w Monachium już pisałam bezpośrednio po powrocie do Polski tutaj, ale wtedy miałam gorączkę, byłam chora ze zdenerwowania i w głowie miałam głównie widok mdlejącego i tracącego przytomność Gackto, i bałam się wtedy, jak on zniesie ostatni koncert na europejskiej trasie YFC. Minęło trochę czasu, ja swoje odchorowałam, GACKT wrócił do Japonii, i jeszcze zostały mu dwa ostatnie koncerty z trasy. Pomyślałam, że jeszcze raz napiszę o moim wyjeździe do Monachium, bo ten wyjazd to nie tylko był sam koncert :-) No i chciałam pokazać kilka zdjęć z wyjazdu :-).

Do Monachium jechałam 19 godzin. Byłoby to straszne, gdyby nie to, że przez kilkanaście godzin podróży rozmawiałam z Tamiko o Gackto :-) za co jestem jej bardzo wdzięczna, bo to było bardzo miłe (nigdy wcześniej ani później nie miałam okazji tak się o nim nagadać). Byłyśmy w Monachium 22 lipca około 10.00 przed południem, i już na dworcu autobusowym Hauptbahnhof zebrała się nas niewielka polska grupka - ja, Tamiko i Kasia, która też z nami jechała autobusem, MaestroS, który już wcześniej na nas czekał, a wkrótce dołączyli Sobafan (Weronika), Rashi i Yasiu. Okazało się, że wszyscy poza mną mają hotele po tej stronie miasta, więc się rozdzieliliśmy i umówiliśmy na 15.30 przed klubem Theaterfabrik, gdzie miał się odbyć koncert. Mój hotel znajdował się niedaleko klubu, za dworcem Ostbahnhof, i - według strony internetowej Motel One - mogłam zająć pokój dopiero o 15.00. Jednak postanowiłam zadzwonić i spytać się (łamaną angielszczyzną), czy mogę przyjechać wcześniej (dziękuję Wiewiórce za wysłanie mi numeru telefonu do hotelu :-). Okazało się, że mogę przyjechać od razu (a było wciąż przed południem), tak więc zrobiłam.

W pokoju hotelowym szybko się wykąpałam, wyszykowałam i... wciąż było wcześnie. Pomyślałam, że tylko przejdę się i tylko zajrzę, jak wygląda klub, i czy już są ludzie, obiecując sobie, że nie dam się zwariować i nie będę się ustawiała w kolejkę do wejścia, szczególnie, że nie czułam się najlepiej, a upał był straszliwy. Jak się okazało, około 14.00 fanów nie było jeszcze wielu, jednak stały już przed klubem piętrowe czerwone autobusy staffu Gackto, wokół których kręcili się Japończycy w firmowych T-shirtach. No nie, jak to zobaczyłam, to już wiedziałam, że będę czekać! Jeszcze tylko coś niecoś zjadłam w restauracji przy klubie i poleciałam pod barierki wyglądać, czy już przyjechał Gackto :-)

I przyjechał! ~*'♥ \(=^.^=)/ ♥'*~ Była chyba prawie równo 15.00, jak podjechał jeszcze jeden autobus, i najpierw wyszli z niego GacktJob. Przeszli wzdłuż barierek i klubu do wejścia dla staffu. I szli ze dwa metry ode mnie, a ja robiłam im zdjęcia!

Z pomarańczowymi włosami Jun-ji (perkusista), 
za nim te różowe włosy to Chirolyn (basista), 
w fioletowej koszulce You, a w szarej z rysunkiem 
i w ciemnych okularach Chachamaru :-)

A potem z autobusu wyszedł Gackto i wszyscy zaczęli piszczeć przy barierkach. Przeszedł się wolnym krokiem wzdłuż klubu i barierek, otoczony przez kilku ludzi ze staffu, po jednym z każdej strony, i zanim wszedł w drzwi dla staffu, podszedł do barierki i... wziął z ręki od jednej dziewczyny prezent - jakąś zapakowaną paczkę. Wyglądało to tak:



No i wtedy strasznie jej zazdrościłam i plułam sobie w brodę, że nie miałam dla niego kwiatów! Byść może też by do mnie podszedł i wziął je ode mnie! (;-;). Nic to, postanowiłam naprawić swój błąd i poleciałam szukać kwiaciarni, żeby kupić kwiaty. Zrobiłam też kilka zdjęć Gackto i wyglądało, jakby na mnie patrzył! :-)) (więcej zdjęć jest w moim poprzednim wpisie o Monachium).


W kwiaciarni przy Ostbahnhof kupiłam wiązankę kolorowych kwiatów (niestety zapomniałam zrobić jej zdjęcia), w hotelu pożyczyłam w recepcji nożyczki i w swoim pokoju wycięłam serce z okładki zeszytu do japońskiego, zaczepiłam je do małego serduszka na druciku, które wpięłam w kwiaty. Na kartoniku napisałam coś w stylu (bo nie pamiętam dokładnie): "For GACKT-san from Polish fans with love. ポーランドから". Kwiaty te, razem z MaestroSem daliśmy jednemu z Japończyków ze staffu, prosząc, by przekazał je Gackto. Niektórzy dawali też listy dla Gackto.

Mieliśmy też dwie flagi. Na jednej z nich Tamiko napisała po japońsku "Polska kocha Gackto" :-)) ポーランドはGacktが大好きです。


Oto my z flagą przed klubem, czekając na wejście na koncert (Tamiko, ja, Yasiu i MaestroS). Obie flagi w czasie koncertu zostały wrzucone na scenę.


Wśród fanów czekających na koncert przed klubem chodził kamerzysta ze staffu Gackto, który między innymi sfilmował nas machających tą flagą. Tutaj jest nas więcej, tylko Weroniki brakuje na zdjęciu, bo to ona robiła zdjęcie.

(Dzięki dla Weroniki i Rashi za udostępnienie zdjęcia).

Ja zebrałam się na odwagę i spytałam się tego kamerzysty, czy mogę powiedzieć do kamery "wiadomość dla Gackto-san" ;-)), zgodził się, i nawet udało mi się nie pomylić (chyba) :-) Powiedziałam wcześniej przygotowany tekst. Brzmiało to: "Watashi wa Miriel desu. Poorando kara kimashita. GACKT-san ga doitsu ni kite kudasatte kokoro kara arigatou gozaimasu". Myślę, że mnie nagrywał, bo pokazywał mi, że mam patrzeć w kamerę, a nie na niego ;-)

Tak się złożyło, że wejście do klubu, jak się okazało, było mniej więcej tam, gdzie my staliśmy. Dzięki temu weszliśmy jako jedni z pierwszych, i pod sceną ustawiliśmy się mniej więcej w szóstym rzędzie. Już przed koncertem zrobiło się duszno. W głośników płynęła muzyka... Chopina, między innymi "Etiuda rewolucyjna".


Wszyscy chcieli być jak najbliżej sceny - i był taki ścisk, że czułam na swoich kościach żebra i biodra innych osób. Kobiety już przed koncertem zaczęły mdleć, i mdlały tak przez cały koncert, ochroniarze wyciągali je właściwie bez przerwy. Pod klubem stała karetka pogotowia z pielęgniarzami, do których non stop były odprowadzane. Jak Gackto wyszedł na scenę, to mi się od razu nogi ugięły, i wtedy już nawet ja walczyłam z tym, żeby nie zemdleć. Ogólnie koncert można streścić w słowach: "Gackto-san na mnie spojrzał i odebrał mi rozum". Efektem tego jest to, że schudłam w ciągu tygodnia 5 kilo... (a teraz staram się wyrównać wagę).

Najważniejsze było dla mnie wytrzymać chociaż do momentu, kiedy GACKT się będzie rozbierał - na "Lu:na". Byłam na koncercie dwa metry od niego na samym środku. Cała sala była w histerii, pisk i krzyk ludzi był taki, że potem całą noc słyszałam ten hałas w głowie. Gackto dawał z siebie wszystko, po pierwszej piosence już był cały mokry, jak i wszyscy na sali, mimo klimatyzacji nie było prawie czym oddychać. Jak zdjął koszulę, to jeszcze wytrzymałam do końca utworu (no żeby sobie jeszcze popatrzeć), a potem zaczęłam mdleć, więc postanowiłam zemdleć w sposób kontrolowany, i krzycząc, że się źle czuję, przepchałam się jeszcze bliżej, na wprost Gackto, tak, że jak ochroniarz mnie wyjmował z tłumu, to byłam pół metra od Gackto :-)

Straciłam połowę "Kimi ga Matteiru Kara" i całe "Mind Forest". Jak mnie przy tej karetce napoili czymś i nabrałam sił, to wróciłam na "Ever". Już tak blisko nie dało mi się przepchać, ale za za to byłam dwa metry od You. Wtedy to się okazało, że Gackto zaczyna tracić przytomność, chwiać się na nogach, ale nie będę o tym pisać, pisałam o tym wystarczająco dużo bezpośrednio po koncercie.

Gdy koncert się skończył, ze wszystkich kapał pot, ludzie byli ledwo żywi. W sali jeszcze można było kupić różne gadżety, ale niestety Gackto do Europy nie zabrał króliczków Dasu Dasu Usagi. W takim razie kupiłam sobie dwa breloczki z nazwą trasy - jeden z angielską, drugi z japońską, firmowane przez Dears.



Okazało się, że na zewnątrz jest burza z piorunami. W tę burzę biegliśmy na dworzec. Skoro byliśmy cali mokrzy, to ulewa prawie nie robiła nam różnicy. Jedynie niezbyt miło było nagle zmarznąć po tak gorącym koncercie. Na dworcu poczekałam trochę, aż burza się uspokoi, i poszłam do hotelu.

Wspinający się na ścianę budynku smok
na starym mieście w Monachium.

Następnego dnia umówiliśmy się na Ostbahnhof, i stamtąd przeszliśmy się na stare miasto, po którym niewiele się rozglądaliśmy, bo naszym celem było... NeoTokyo - sklep z muzyką japońską, który prowadził internetową sprzedaż biletów na koncert Gackto.

Metro w Monachium.

Jako, że było to daleko, podjechaliśmy klika przystanków metrem, a muszę przyznać, że komunikacja miejsca z Monachium jest bardzo przyjazna użytkownikowi :-).

(Dzięki Tamiko za udostępnienie zdjęcia :-)

W NeoTokyo dostałam od razu oczopląsu na widok tylu japońskich gadżetów, gazet, ubrań, mang i płyt. Niestety była tylko jedna jedyna płyta DVD z Gackto - "Blue", więc ją kupiłam.



Od japońskich gazet muzycznych wprost nie mogłam się oderwać! Choć zarzekałam się, że mam wystarczająco dużo zdjęć na komputerze i nie potrzebuję zdjęć w gazecie, to jak zobaczyłam te wszystkie "Areny 37*C" i inne, to przeglądałam je tak długo (a w każdej Gackto!), aż w końcu dwie gazety kupiłam :-)




Gdy wróciłam do Polski, dużo czasu zajęło mi odreagowanie i odchorowanie koncertu i wszystkich związanych z nim przeżyć. Dwa plakaty z gazet wiszą już u mnie na ścianach :-)



I niestety nie udało mi się dotknąć Gackto... Jakbym była silniejsza i dopchała się do barierki i nie zemdlała, to by mi się udało, bo w trakcie koncertu przesuwałam się coraz bliżej. Na dodatek GACKT w pewnym momencie wyciągnął rękę do ludzi i musnął ich wyciągnięte do niego dłonie. (A na dodatek, biorąc pod uwagę, że wcześniej byłam na samym środku, to przecież by na mnie spadł, jak zleciał ze sceny, ale wtedy to chyba w ogóle bym umarła z wrażenia). Później, jak stałam po lewej stronie, naprzeciwko You, też z piosenki na piosenkę byłam bliżej, i próbowałam dotknąć You. Ale niestety, chociaż wyciągałam ręce, i chociaż on też nachylał się ze sceny, by dotknąć ludzi, to zabrakło mi z 10 centymetrów, by dotknąć jego dłoni. No nic. Może następnym razem mi się uda. Za to zostałam chluśnięta wodą w twarz z butelki co najmniej raz, jeśli nie więcej, którą GACKT wylewał co parę minut na publiczność (ratowało to życie, aczkolwiek na parę sekund zaślepiało ;-). No i miałam w ręku pałeczkę od perkusji, którą GACKT rzucił w tłum, a którą złapała Tamiko :-).


Zdjęcie na tle mojego biletu na koncert, 
zrobione w drodze powrotnej 
na siedzeniu autokaru.

30 komentarzy:

  1. Fajnie się czyta taką dokładną relację, a on na zdjęciach wygląda właśnie tak, jakby patrzył w Twoją stronę.
    Doczytałam do połowy, weszłaś do klubu ;) Teraz idę na śniadanie, resztę przeczytam później :)

    miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mi się spodobał ten smok, aż mam ochotę przejechać się sama do Monachium :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Elring, ja prawie Monachium nie widziałam, tak przeżywałam koncert, ale ten smok od razu rzucił mi się w oczy :-) Dzięki za komentarz :-D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyobraź sobie Miriel co musiałam ja przeżywać skoro On mnie dotknął i na mnie spojrzał z dystansu pół metra...
    Tylko, że ja tego tak nie przeżywałam, właściwie sama nie rozumiem dlaczego. xDD

    Zazdroszczę Ci tych oryginalnych plakatów GACKTa, bo ja nie miałam niestety czasu żeby cokolwiek kupić. :<

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki, Beauti. A ja Ci zazdroszczę, że mogłaś go dotknąć... (*^-^*).

    OdpowiedzUsuń
  6. No, dużo tego Monachium to nie widziałaś ;) ale korytarz metra mi się podoba, a smok jest świetny. Podobają mi się te zdjęcia z kotami - mają taką ładną, rozbieloną kolorystykę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiewiórko, zwiedziłam głównie podziemia Monachium, przemieszczając się w kółko w tę i nazad u-Bahnem i S-Bahnem... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziemia dobra rzecz, grunt żeby były jasne i przestronne ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. świetnie to wszystko opisałaś przyjemnie się czyta takie notki :) kurczę nie wiedziałam,że Ty tam zemdlałaś...nieźle...
    i Gackto wziął coś od fanki? szok! ja osobiście dziękuję,że reklamowaliście Polskę :) mimo,że mnie tam nie było to jestem szczęśliwa,że widział iż ma fanów w naszym kraju :) dla mnie to dużo znaczy,dzięki :))

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale ten (Gackto) świat mały ^__^ Moja koleżanka (z którą byłam na koncercie w Paryżu) mówiła, że jej znajomi jadą do Monachium na koncert. A tu patrzę, a oni byli razem z Tobą ^__^

    OdpowiedzUsuń
  11. Lladia, dodałam jeszcze jedno zdjęcie sprzed koncertu. No zobacz, może tych fanów w Polsce wcale nie jest tak wielu? ;-) Mam nadzieję, że za rok uda nam się również razem pojechać na koncert Gackto :-), może w większej grupce :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Doroshii-chan, dzięki za komentarz :-) A w trakcie koncertu You zdjął z szyi naszyjnik (jeden z krzyżyków Gackto), i wręczył jednej dziewczynie z pierwszego rzędu :-) Teraz właśnie przypominają mi się takie różne drobiazgi z koncertu :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja też mam nadzieję, że za rok pojedziemy większą grubą ^_^ Może nawet wynajmiemy busa, jak planowała jedna dziewczyna:-)
    WOOOOOOW dał jej krzyżyk?♥_♥

    OdpowiedzUsuń
  14. Trzy razy zabierałam się za skomentowanie tego wpisu, ale zawsze uciekały mi myśli. Wreszcie je pozbierałam:)

    Naprawdę podoba mi się Twoja relacja. Zastanawiam się jakbym ja siezachowywała i dochodze do wniosku, że nie jestem gotowa na coś takiego. Jeszcze nie:) Tyle stresu, decyzji podejmowanych na bieżąco...

    Wiesz, że spędziłam kilka chwil porównując Cię do Hyde'a, czy podobna:) Rezultat - niezdecydowanie.

    Kupiłaś pisma z najlepszymi sesjami G (choć ten Rockstar z "szkolnym" G też jest u mnie w czołówce).

    ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Asai, dzięki za komentarz :-) Tak naprawdę najtrudniejsze i najbardziej stresujące było kupienie biletu na koncert - które trwało kilkanaście nocnych godzin spędzonych przy komputerze, do rana, gdy wciąż nie wiedziałam, czy udało mi się kupić bilet.
    Co do HYDE'a, to pewnie masz rację ;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Lladia, Gackto obiecał, że przyjedzie, więc ja go trzymam za słowo :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Miriel-> zarąbisty blog ^ ^ świetna grafika, jestem oczarowana po prostu!
    Aaaa relacja....poryczałam się czytając ją....wracaja wszystkie wspomnienia, ten szok, ta bajka.....
    pozdrawiam ciepło ^ ^

    OdpowiedzUsuń
  18. Rashi, dziękuję! :-)) Szalenie mi miło, że Ci się podoba mój blog (^.^) Pozdrawiam serdecznie ♥ i wszystkiego dobrego :-))

    OdpowiedzUsuń
  19. Witam
    Świetny blog :D Miło jest jeszcze raz przenieść się na koncert :) Myślałam, że umrę jak oglądałam filmik wychodzącego Gackta z autobusu!! Nigdy więcej!! Moje serducho jest za słabe na takie sensacje!! Ja sobie sprezentowałam tylko breloczek do telefonu, a nie widziałam nic innego, pewnie dlatego, że kupowałam dopiero po koncercie. A i jeszcze jedno :) Gratuluje biletu :D Mój wygląda jak kawałek czegoś co przeżyło III wojnę światową :P Pozdrawiam i życzę zdrówka! Nie powinnaś się tak tym showmanem przejmować, on sobie rade da ;) A ty przytyj! Bo i tak jesteś za chuda :P:P I pousuwaj te foty z tego bloga bo mi serce znowu za mocno bije!! :P:P

    OdpowiedzUsuń
  20. Weronika, witam na blogu! :-)) Super, że zajrzałaś, wyobraź sobie, co ja czułam, jak na własne oczy widziałam, jak on wychodził z autobusu :-D cały czas miałam w głowie myśl: "A teraz zobaczysz go na żywo pierwszy raz w życiu!". Ja też kupowałam po koncercie :-) coś tam jeszcze było poza breloczkami, ale ja też wzięłam tylko je, bo interesowały mnie w zasadzie tylko króliczki, których on ze sobą do Europy nie zabrał. A bilet miałam specjalnie schowany w foliowej torebce w plecaku ;-) Dzięki wielkie za życzenia i trzymaj się ciepło! :-)

    OdpowiedzUsuń
  21. Powiem szczerze ten wpis przeraził mnie o wiele bardziej, niż tamten emocjonalny, na świeżo.

    Będę trzymał kciuki

    MumakiL

    OdpowiedzUsuń
  22. Hej, Memelu :-) a jednak napisałeś ;-) Zastanawiałam się nad tym, jak wcześniej rozmawialiśmy. Hm... Zastanawiałam się nad Twoją reakcją.

    Może tak: emocje raczej (zazwyczaj) nie zaburzają mojej percepcji i oceny sytuacji, ewentualnie sprawiają, że skłonna jestem przyznać się do większej ilości rzeczy niż na chłodno. Ale sposób myślenia mam taki sam, czy to w czasie przeżywania dużych emocji, czy na chłodno. Nic się nie zmienia. Być może to Cię zdziwiło. Być może tamtej "emocjonalnej" relacji z koncertu nie wziąłeś na serio. Być może spodziewałeś się, że na chłodno i z dystansu będę już inaczej myślała. Tymczasem nic się nie zmieniło ;-) Okazało się, że myślę wciąż właśnie tak: wciąż zafascynowana na sposób "nastolatkowy" jakimś obcym facetem mieszkającym po drugiej stronie kuli ziemskiej ;-)

    Co do kwiatów, bo chyba to tu jest istotne: dałam mu kwiaty, ponieważ jest taki japoński zwyczaj (o którym nawet pisałam), że artyście (nawet muzykowi rockowemu) z okazji koncertu w Japonii daje się bukiety kwiatów opatrzone dużymi tabliczkami z życzeniami i z imieniem nadawcy. Chciałam mu dać kwiaty na sposób japoński, żeby to zauważył, i żeby zapamiętał, że dostał je od polskich fanów. Hm, no nie wiem, dlaczego akurat na to zwróciłeś uwagę.

    Dla mnie to zupełnie naturalne nawiązywać kontakt z artystą, którego wyjątkowo lubię. Uważam za coś naturalnego dziękowanie artyście za to co robi, jeśli mi się to podoba, i mówienie mu o tym, że podoba mi się to, co robi. Na dodatek akurat w tym przypadku mam do czynienia z artystą, który potrzebuje tego rodzaju kontaktu i szuka go.

    Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem, dlaczego ten wpis Cię przeraził...

    A za co będziesz trzymał kciuki? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  23. A mnie wpis M.La wkurzył. Bo na ogół ludzie boją się czegoś, czego nie rozumieją. Często są to emocje, które się kojarzą negatywnie, bo burzą, zmieniają świat, mogą wybić z bezpiecznej drogi. A przecież na nie jest miejsce i nie są czyms nietrwałym, ulotnym. Tylko sposobem wyrażania czegoś głębszego. Jesteśmy ludźmi, żyjemy w ciele, a emocje są też splecione z reakcjami ciała, czujemy namacalnie, fizycznie, radość , smutek, ból. A kochanie mieszkającego na drugim końcu świata Japończyka jest równie niedorzeczne, jak czytanie i zachwycanie się książkami stukniętych oksfordzkich profesorów, którzy wymyślają małe ludziki z włochatymi stopami. Wszyscy jesteśmy trochę szaleni i nie ma co się przerażać. Zwłaszcza jeśli to szaleństwo pomaga nam żyć. O!
    A relacja szalenie ciekawa;) Smok i Gackto też...

    OdpowiedzUsuń
  24. Dlaczego mnie przeraził? Bo emocje to jedno. Bardzo ważne, ale tylko jedno. Wbrew pozorom rozumiem szaleństwo, fascynację. Są potrzebne, są niezbędną przyprawą życia, by nie było nudne i monotonne, ale jak każdy miecz są obosieczne. Sama wiesz o co Cię to "szaleństwo" przyprawiło. Nie, nie masz żałować, albo inaczej wolałbym tego żałować, niż żałować siedzenia na dupie. Znając jednak skutki spodziewałem się większej refleksji, nad całą sytuacją. Jak widać pomyliłem się. No cóż jak mówi moja mama, cale życie uczymy się, a i tak umieramy głupi.

    Pozdrawiam

    M.L.

    OdpowiedzUsuń
  25. Memelu, chodzi o to, że się pochorowałam? ;-) No tak, to inna sprawa, swoje wnioski wyciągnęłam dla siebie, nie uznałam za konieczne dzielenia się na blogu tą sprawą, szczególnie, że i tak dałam wystarczający popis braku rozumu ;-) Poza tym, nie wiążę tych dwóch spraw ze sobą: fascynacji i pochorowania się. Pochorowałam się nie z powodu fascynacji Gackto, a z powodu własnej głupoty. Gdybym była mądrzejsza, to więcej bym jadła, poszłabym do lekarza kilka dni wcześniej itd. A znam jeszcze jedno powiedzenie: "Doświadczenie mówi,że ludzie się niczego nie uczą z doświadczenia" ;-). Mam jednak cichą nadzieję, że jednak czegoś się nauczyłam :-)).

    OdpowiedzUsuń
  26. Zapytałaś czemu mnie przeraża, to odpisałem. Nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać. Być może się mylę, być może jestem głupi i ograniczony :P A może zwyczajnie przewrażliwiony. :) A może za bardzo się przejmuję lub wręcz przeciwnie. :P

    Cieszę się, ze masz takie wspaniałe wspomnienia, a sam zyskałem kolejna pożywkę do rozważań nad różnorodnością i nieobliczalnością ludzkiej natury. :P :)

    MumakiL

    OdpowiedzUsuń
  27. A ja, Memelu, dodam do tego zestawu, że jesteś również całkiem wyrozumiały, cierpliwy i troskliwy :-) (Przy okazji dodam, że w sumie przytyłam już 3,5 kilo ;-)) Ludzka natura jest zaiste nieobliczalna i różnorodna :-)) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  28. Jak czytam te Twoje zapiski z koncertu i przeżycia, to wzruszam się, ale mimo wszystko śmieję się i cieszę się, że było Ci dane zobaczyć Gackto i być oblaną przez niego wodą ;) I zaczynam się zastanawiać jak będzie wyglądał koncert Miyaviego? Czy też będzie tyle ludzi mdlało? Czy ja dotrwam do końca? W sumie chciałabym być pod samą sceną, ale nie wiem czy się odważę, nie lubię mdleć i wolę unikać sytuacji, gdzie coś się dzieje ze mną i nie mogę nad tym kontrolować :) Najwyżej wezmę sobie szczudła ;) (żarcik)

    OdpowiedzUsuń
  29. Ja na pewno nie będę tak samo przeżywać Miyaviego, jeśli chodzi o Miyaviego, to po prostu cieszę się, że będzie dobry koncert wykonawcy, którego lubię. Nie ma się co bać, bo ścisk jest zawsze z przodu, a zawsze można się wycofać. Do przodu to zawsze jest trudno się przepchać, ale do tyłu bez problemu :-)

    OdpowiedzUsuń

Witam, jeżeli piszesz jako użytkownik anonimowy -
podpisz się w treści komentarza :-) Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu ^^

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails

Archiwum: