The ability to dream is given to everyone of us in the world. But dreams are not there to be dreamed, but to be realized. This act of realizing a dream is accomplished through one’s strong will and accumulation of actions. If you don’t understand this, dreams will always be something that you simply fantasize about. If you put your mind to it, you can accomplish anything. ~GACKT

26 maja 2010

Mistrzowie i uczniowie

Chociaż ten wpis na blogu Porcelanki pojawił się już dawno temu, wciąż gdzieś mi jego treść chodzi po głowie, przypomina się raz po raz, jak niezałatwiona ważna sprawa. To wpis o mistrzach i posłuszeństwie. Porcelanka cytuje fragment Małych listów Sławomira Mrożka. Doszłam do wniosku, że to coś, co mnie gryzie wewnątrz i żąda uwagi, to niezgoda na przedstawione w tym wpisie uogólnienie, które sugeruje, że powinniśmy podejmować decyzje samodzielnie, a nie wierzyć mistrzom, czy też "mistrzom", którzy "ogłaszają się nawet w gazetach". Mrożek pisze: "Uczeń ma być ślepo posłuszny swojemu mistrzowi". Czy aby na pewno? Dlaczego stawiać sprawę tak radykalnie? Czy nie jest tu aby pomylony wódz z mistrzem, a poddany z uczniem? Czyż mistrz z definicji ma być pozbawiony szacunku dla wolnej woli swego ucznia? Moim zdaniem przeczytawszy ten fragment można dojść do błędnego wniosku, jakoby mistrzowie wydawali rozkazy i ich wola miała zniewalać uczniów i pozbawiać ich możliwości myślenia, czy też, że w relacji mistrz-uczeń ten drugi sam pozbawia się wolnej woli na rzecz tego pierwszego. Nie twierdzę, że takie było założenie Mrożka, czy też Porcelanki, mówię tylko o tym, że fragment ten mnie zaniepokoił jako zbyt upraszczający kwestię relacji mistrz-uczeń.

Mrożek, moim zdaniem, ma rację, ale w odniesieniu do ślepej wiary w przywódcę, jak o tym pisze w drugiej części cytowanego przez Porcelanke fragmentu. Pisał o tym i Fromm w "Ucieczce od wolności", że niektórzy ludzie źle się czują w życiu, jeśli są pozbawieni podpory w postaci przywódcy, wodza, proroka, guru itp. Lecz nie nazwałabym tych mistrzami, a tamtych, którzy się ich słuchają, uczniami. Co innego uczyć się od kogoś życia, zdobywać wiedzę, a co innego ślepo, bezrefleksyjnie wykonywać rozkazy, czy też łagodniej mówiąc: zadania, ponieważ tak jest wygodniej. I piszę to bez ironii. Wygodniej jest żyć, nie biorąc na siebie odpowiedzialności za podejmowane decyzje, żyć nie obawiając się, że spadnie na nasze barki ciężkie brzemię poczucia winy.

A teraz, wracając do mistrzów, chcę napisać, że uważam, iż to szczęście jest spotykać na swojej drodze życiowej ludzi, którzy są na tyle wartościowi, że czegoś możemy się od nich nauczyć. Jestem wdzięczna za każdą taką osobę, która mnie czegoś o życiu nauczyła. Uważam, że zdarza się czasem, że ktoś staje się dla nas mistrzem w jakimś wymiarze i czerpiemy od niego mądrość, zdarza się, że nasz przyjaciel, lub osoba przypadkiem spotkana, uczy nas czegoś ważnego. I jeśli jesteśmy na tyle świadomi tego, co się właśnie dzieje, tego Daru, który możemy przyjąć, na tyle pokorni, na tyle nieegocentryczni, by widzieć, że ktoś może być od nas mądrzejszy, możemy uznać się za szczęśliwych wybrańców losu :-)

No dobra, a gdzie tu GACKT? Jest, jest ;-) Przeczytałam jego ostatni wpis na blogu i to w końcu sprawiło, że postanowiłam napisać o tych mistrzach i uczniach. Wielu fanów czyta z wypiekami każdy wpis na blogu Gackto, zaczytuje się w jego autobiografii, czyta zbiór jego refleksji o życiu (wydany przez niego na dziesięciolecie kariery solowej) i - choć to zabrzmi śmiesznie - rozważa i dyskutuje treść kolejnych rozdziałów. Bo choć te "prawdy życiowe" są proste i skrótowo opisane, to dają do myślenia, chociażby przez to, że można się do nich ustosunkować. Właśnie - nie przyjmować bezkrytycznie i bezmyślnie jako wykładnię jedynej Mądrości, ale jako sposób widzenia świata pewnego człowieka, z którym się można zgadzać lub nie. I fakt, że nie ze wszystkim się zgadzam, nie umniejsza tego, że niektóre rzeczy z tego, co on pisze, bardzo do mnie trafiają i wpływają ma mnie. Są to rzeczy, które ja sama wybieram dla siebie jako mądre. Nawet jeśli użyję tutaj tego mocnego słowa "mistrz", to jednak nie ma tu miejsca na opisane przez Mrożka posłuszeństwo, poddaństwo i rezygnację z własnego sposobu myślenia. Jest za to przyjmowanie mądrości, którą można przyjąć, skoro pojawiła się w dostępnej mi rzeczywistości. Bo gdybym jej nie wzięła pod rozwagę, czyż nie byłabym jak Turin, który - niezależny i "wolny w swoim myśleniu" - nie skorzystał z rad przyjaciół?

A to, co mnie konkretnie skłoniło do tego wpisu: GACKT też szuka mistrzów. Albo może, rozgląda się wokół siebie i korzysta z mądrości osób mądrych, które go otaczają, albo może ma oczy otwarte na ludzi mądrych, których mógłby potraktować jak mistrzów, choć on używa raczej w takim wypadku słowa "ojciec". Choć wydaje się kimś, kogo wszyscy dokoła słuchają, sam potrafi słuchać innych. Traktuje ich z szacunkiem, pisze o nich ciepło i otwarcie przyznaje się swoim fanom, że czegoś się od kogoś nauczył i że jest tej osobie wdzięczny. Nie wiem, na ile wynika to z jego własnego charakteru, a na ile z mentalności Japończyków i ich wychowania w szacunku dla osób starszych. Jednym z aktorów, który wspiera Gackto w pracy nad przedstawieniem "Nemuri Kyoshirou", dzieli się z nim swoimi spostrzeżeniami nad jego grą, jest urodzony w latach 40. Tadashi Yokouchi, o którym GACKT  właśnie napisał na swoim blogu (tłumaczenie dzięki Amaiayume):

I'm really thankful to hear those words.
I'm truly grateful that a supportive friend is here with me.
Like it's a saying, whenever he speaks he prefaces it with
"I'm not Ogata Ken, but…"
always thinking about me and the play.
I'm really overflowing with a gratitude I can't express in words.
I feel like that there is someone here just like my father was to me.
I'm really grateful for it.
That there are people here too that will support me.


Ten wspomniany Ogata Ken to japoński aktor urodzony jeszcze przed II wojną światową, który umarł dwa lata temu w wieku 71 lat. Był właśnie kimś w rodzaju mistrza dla Gackto od czasu roli Gackto w dramie "Fuurin Kazan", w którym grał u boku Ogaty Kena. Jest dla mnie znaczące, że inny aktor, dwa lata po śmierci Ogaty Kena, zwracając się do Gackto z jakąś uwagą, zaczyna swoją wypowiedź słowami "I'm not Ogata Ken, but...". Odczytuję to jako szacunek dla poprzedniego "mistrza". I taką relację postrzegam jako relację mistrz-uczeń, z szacunkiem dla ucznia, z szacunkiem i wdzięcznością dla mistrza i z szacunkiem dla nauk poprzedniego mistrza.

3 komentarze:

  1. Fakt, że szacunek dla nauczyciela, mistrza, był i jest bardzo istotny w życiu społecznym Japończyków. Dyrektor wielkiego koncernu będzie się nisko kłaniał swojemu staremu nauczycielowi ze szkoły i traktował go z ogromnym szacunkiem, choćby to był ubogi bezzębny staruszek z małej mieściny:P. Przejaskrawiam trochę, ale wpisuje się w to hierarchię społeczna i świadczy o dobrym wychowaniu. Zresztą mistrz, to nie tylko nauczyciel, czyli ktoś, kto uczy w dosłownym sensie, ale człowiek, który osiągnął mistrzostwo w jakiejś dziedzinie, nie tylko zwyczajowy tytuł doktorów, profesorów uniwersytetu, lekarzy, prawników, ale i artystów, pisarzy, polityków. Chociaż relacja mistrz-uczeń w Japonii była jednak oparta na trochę innych zasadach i bardziej na posłuszeństwie niż swobodnej dyskusji. W naszej zachodniej cywilizacji od czasów chyba pogaduszek:) filozofów greckich jest nieco inaczej. A z resztą - zgadzam się, relacja mistrz- uczeń (przynajmniej zdrowa relacja) polega na przekazywaniu wiedzy, nie zaś rządzeniu. Dobry mistrz umie dyskutować z uczniem, i cieszy się, kiedy uczeń znajdzie swoją własną drogę i często przerośnie nauczyciela.
    Bardzo dobrze o Gackto świadczy takie zachowanie, chyba bardzo japońskie:).

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że mój wpis blogowy Cię zainteresował i zafrapował i skłonił do tak szerokich przemyśleń. Masz oczywiście rację, że prawidłowa relacja "Mistrz i uczeń" to relacja oparta na wzajemnym szacunku, w której chyba zarówno mistrz jak i uczeń czerpią od siebie i uczą się od siebie, choć pewnie mistrz nie nabywa i nie chłonie tyle wiedzy, co uczeń. Niemniej mój wpis blogowy dotyczył szczególnej sytuacji między mistrzem a uczniem, mianowicie posłuszeństwa. I zgadzam się z Mrożkiem jak i z Żabką, że mistrz, który domaga się posłuszeństwa nastaje na wolną wolę ucznia i przestaje być mistrzem. Kim się staje? Najpierw guru, później, jeśli ma więcej uczniów - przywódcą. Do mnie najbardziej przemawiają mistrzowie, którzy nie wymagają posłuszeństwa ale dają swoim uczniom wielki dar - wolność. Przekazują wiedzę tak, by uczeń mógł wybrać najlepszą dla siebie drogę. Wiedza bowiem to ogromny dar, lecz każdy ma tylko jedno życie i sam decyduje, co z nim zrobi. Nikt nie powinien kierować życiem innych, choć wielu się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy i wiedzą lepiej, co dla innych dobre, jak powinni postępować, jak żyć. Lecz tak nie zachowuje się ani prawdziwy mistrz, ani też przyjaciel. Wydaje mi się, że Gackto nie "rządzi" w tym sensie, on po prostu przekazuje wiedzę o sobie, o swoich przemyśleniach. Nie wiem o nim zbyt wiele, ale chyba nie wymaga od swoich fanów posłuszeństwa. To właśnie dogmat posłuszeństwa jak mi się wydaje, coś niedobrego robi w relacji uczeń-mistrz...

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz rację, Porcelanko, zupełnie się z Tobą zgadzam :-)

    OdpowiedzUsuń

Witam, jeżeli piszesz jako użytkownik anonimowy -
podpisz się w treści komentarza :-) Komentarz pojawi się po zaakceptowaniu ^^

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails

Archiwum: